Żeby nie było tak monotematycznie, tylko o szarpidrutach, postanowiłem pochwalić się eksperymentami z równie odrażającymi modelami, co sceniczne poczwary, choć w zupełnie innych, dużo bardziej przyjaznych okolicznościach – nomen omen – przyrody. Tego weekendu udało mi się odbyć pierwszą prawdziwą sesję macro. Prawdziwą, znaczy się w pełni świadomą i zaplanowaną. Trochę sprzętu udało mi się skompletować, zatem wstydu na łące nie było. Zresztą nie mogło być, gdyż ani żywej duszy, same bzykadła i inne podobne paskudztwa.


















