Wczoraj miałem naprawdę poważne obawy, czy ten mały, choć sympatyczny skądinąd klubik jakim jest „Loch Ness” nie spłonie… Wszystko za sprawą szwedzkiego Watain i towarzyszącego mu Destroyera 666.
To troszkę nie mój klimat i miałem wielki problem z motywacją, aby tego niedzielnego wieczoru zwlec swoje zwłoki (yeah!) i udać się na koncert tych dwóch dość radykalnych i zaangażowanych zespołów. Wiadomo o co chodzi…
Wskutek mojej opieszałości, przyszedłem na sam koniec występu francuskiego Otargos. Dobrze w sumie, że się spóźniłem, gdyż ponoć wcześniej dokonała się profanacja pewnej książki… Mnie takie zabawy zupełnie nie imponują, więc nie ze mną takie numery, Bruner.
![]() |
|||
![]() |
![]() |
||
![]() |
|||
Po krótkim soundchecku (nie było na to czasu wcześniej?) na scenie stanęli old-schoolowi Australijczycy z Destroyera. 666. Zupełnie nie wiem, co w ich szeregach robi Nick Holmes na wokalu, ale widocznie w Paradise Lost nie płacą zbyt dobrze i musi dorabiać
. To oczywiście żart, koleś jest niesamowicie podobny, nawet tak samo niski jak jego angielski vis-a-vis. Sam koncert – mimo, że jestem sporym ignorantem jeśli chodzi o ich twórczość, naprawdę trzeba docenić za żywiołowość, energię i szczerość przekazu – prosto ze zgniłego serca. Mój z góry przyjęty dystans i sceptycyzm dość szybko ustąpił pola ciekawości i umiarkowanemu entuzjazmowi. To na pewno muzyka dla wąskiego i specyficznego grona odbiorców, i to właśnie grono bardzo dobrze bawiło się pod sceną. Miejscami za dobrze, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia. Zachowanie niezwykle inteligentnej pani, która w pod(ob?)scenicznym amoku wylała mi piwo na głowę - również lepiej przemilczeć . Nam fotografom oczywiście należy się właśnie taki szacunek… Bardzo pani niniejszym dziękuję, takie momenty sprawiają, że człowiekowi się coraz bardziej chce to wszystko robić. Ok, ale miałem być cicho.
![]() |
|||
![]() |
![]() |
||
![]() |
![]() |
||
![]() |
|||
Watain potrzebował sporo czasu na rozmieszczenie swojego arsenału zabawek na scenie. Palniki, świece, świńskie ryjki, płonące widły w kształcie logo zespołu – to wszystko okazało się niezbędnym do zwrócenia na siebie uwagi. W pełni to rozumiem, gdyż ja w tej muzycy wiele dla siebie nie znajduję – długie, monotonne kawałki, do tego słabe nagłośnienie, to wszystko wystawiało moją cierpliwość na wielką próbę. Na szczęście miałem czarne pudełko do zabawy, więc skupiłem się na „łapaniu chwil”. A było to tego dnia niezwykle trudne, gdyż – jak się zresztą spodziewałem – na scenie panował mrok, czasem jedynie rozpraszany przez krwisto-czerwone (a jakże) akcenty świetlne. No i oczywiście żywy ogień. Symbolika godna późnej podstawówki (w klasie o profilu dekadenckim oczywiście), ale rozmachu i zaangażowania w „sprawę” nie można chłopakom odmówić.
Gdyby nie moje weekendowe lenistwo, na pewno przyszedłbym lepiej zmotywowany na ten koncert i miał lepsze wspomnienia. A tak… Tylko na trójkę z plusem i to wyłącznie za występ Destroyera . Następnym razem chyba zgłoszę nieprzygotowanie.
Pełna galeria:
Watain:
Destroyer 666:
Tags: destroyer 666, klub loch ness, watain











W krótkich żołnierskich słowach, Destroyer 666 urywał łeb poniżej pasa.
Zdjęcia świetne!
Byłeś tym razem Inspiratorem, przyjacielu.
Inaczej pełen blazy odwaliłbym fuszerę, i’m afraid.