Anathema, 4/10/2010, Kraków, klub Studio | Kriz blog

Anathema jubileuszowo-wspominkowo

IMG 2290 Anathema jubileuszowo wspominkowo

Wiem, że muzyka, czy ogólnie sztuka to nie zawody ani żadne wyścigi. I dobrze. Jednak w tym zwariowanym świecie pełnym tabel i statystyk ciężko uciec od porównań. Najłatwiej ocenić porównując, a najbardziej wymierne efekty dadzą liczby. Na pewno Księgi Rekordów Guinessa odnotowały niejeden dłuższy, większy, czy piękniejszy koncert od poniedziałkowego koncertu Anathemy w krakowskim Studio. Ale od początku.

IMG 1963 Anathema jubileuszowo wspominkowo
IMG 2447 Anathema jubileuszowo wspominkowo
IMG 2093 Anathema jubileuszowo wspominkowo
IMG 1821 399x600 Anathema jubileuszowo wspominkowo IMG 2404 399x600 Anathema jubileuszowo wspominkowo
IMG 2155 Anathema jubileuszowo wspominkowo
IMG 2330 Anathema jubileuszowo wspominkowo

Pierwszą liczbą, która sponsoruje dzisiejszy odcinek, jest piętnastka. Tak się skłąda, że z Anathemą jest mi „po drodze” już od piętnastu lat, czyli od premiery „Silent Enigma” – płyty, która sporo namieszała w upodobaniach  młodego poszukiwacza muzycznych doznań. Miała także wpływ na lekką zmianę jego muzycznej fascynacji – punk rock i amerykański hardcore przestały już wystarczać… Zakupienie oryginalnej kasety i katowanie jej aż do naturalnej, choć przedwczesnej śmierci tejże, to taki mój mały (ale wtedy największy) wyraz głębokiego szacunku.

Drugą liczbą jest osiem. To jest ósmy raz, kiedy widzę Anathemę na scenie. Osobisty rekord, na żadną inną kapelę nie chodzę tak często. Warto wspomnieć, że praktycznie każdy z tych koncertów zapadł mi w pamięć z jakiegoś szczególnego powodu. Metalmania 1999, Hala Baildon – już sam fakt tej żałosnej hali był pamiętny, choć też warte odnotowania były przybarierkowe podrywy Vincenta po koncercie :) . Trasa po wydaniu „Alternative 4″ z roku 2000 – byłem na dwóch występach – w warszawskiej Proximie i w Krakowie w klubie – tu kolejna liczba – „38″ (obecnie „Studio”). To była słynna „kapusta Tour”, na której Vincent nauczył się trzech podstawowych polskich słów pozwalających przeżyć w naszym kraju; były to: „kapusta”, „piwo” i „zayebistshie”. Wtedy też chłopaki zagrali rewelacyjny cover. Zaskakującym był po pierwsze zespół z repertuaru którego chłopaki sięgnęli po przeróbkę – stary thrashowy band, pewnie nie znacie, zresztą już nie istnieje (dla mnie) – nazywa się Metallica. Po drugie sam utwór – jeden z najbardziej rozbudowanych w ich dorobku, złożony, trudny, instrumentalny- „Orion”. Świetne wykonanie, nutka w nutkę – wszystkim kopary opadły. Koncert w 2005 (przed Porcupine Tree w Hali Wisły) zapadł mi w pamięć z powodu słabej organizacji – stałem w kolejce gdy zaczynali grać (zresztą przed czasem), nerwowo przebierając nóżkami złościłem się na cały świat. Ochroniarze – chyba zresztą złośliwie – byli bardzo opieszali, i drobiazgowi delektując się nieszczęściem „spóźnialskich”. To były najkrótsze 45 minut w historii świata (kolejny rekord). Rok później było już o wiele lepiej – na Metalmanii, grając już jako gwiazda, zespół nagrywał koncertowe DVD, a smaczkiem był kwartet smyczkowy (polecam); pamiętam też, że na widowni „Spodka” była jedna głupia baba, która co chwila strasznie krzyczała – oczywiście po to, żeby potem dzieciom pokazywać, że „ona tam była i darła ryja…” (na filmie ją niestety słychać). W 2008 na koncercie miałem wybity bark, a już byłem aktywnym fotografem koncertowym, więc wspominam głównie kadry, które przeszły koło nosa (no i oczywiście wspaniałe towarzystwo mojej przyszłej żony ;) . Ostatni raz widzieliśmy się z Anathemą na Knock Out Festival, kiedy zagrali też trochę krótko i cóż – jednak wolę tę klubową, kameralną Anathemę zdala od festiwalowego zgiełku i pędu (ale jak chcecie powspominać, to zapraszam tu: tu).

W ubiegły poniedziałek padły dwa rekordy naraz. Anathema zagrała koncert-tasiemica – 3h na scenie, 30 utworów. W życiu czegoś takiego nie doświadczyłem. Wszystkie moje wcześniejsze uczucia niedosytu zostały z nawiązką zaspokojone. Może ktoś ich nie lubić, ale trzeba przyznać, że samą kondycją chłopakom należą się słowa najwyższego uznania.

Ale nie dlatego ten koncert zapadnie w pamięć. Oczywiście – setlista marzenie, zagrali wszystko poza „Sleepless” (ale dzień wcześniej zagrali to w Warszawie). To pierwszy koncert, z którego wychodziłem w pełni nasycony, nie chciałem więcej. Jak wspaniały posiłek w świetnej knajpie – smakuje długo po wyjściu. Ale nie powiem, czy był to najlepszy ich koncert. Mimo tylu liczb, porównań do innych koncertów, nie jestem w stanie tego ocenić, nie umiem. I nie ma chyba sensu tego robić, było znakomicie, wyjątkowo i znowu zapadnie w pamięć. Ilość i długość jest bez znaczenia, bo to nie oddaje magii wydarzenia, więzi z widzami, swoistego napięcia i wymiany emocji. Nie ma takich liczb, które to w pełni opiszą.

Nie mogę wyjść z podziwu, jak chłopaki się angażują na scenie, jak im się chce, przez te wszystkie lata mają tyle entuzjazmu, taką młodzieńczą naiwność. Do tego lekkość, z jaką im przychodzą dźwiękowe akrobacje, to już naprawdę najwyższa liga. Są momenty, jak np we „Flying”, czy nawet „Dying Wish” (czy tylko ja słyszałem w tym ostatnim przez chwilę motyw z „Black Sabbath”?), gdzie na moment zupełnie odpływają od głównej koncepcji utworu, ocierają się o improwizacje, jednak mimo wszystko całość jest pod kontrolą i po chwili uniesienia wracają na właściwe, przyziemne tory. Flying. Bardzo mi to imponuje, bo oczywiście można plumkać sobie bez ładu i składu pod przykrywką improwizacji, ale oni robią to w jakiś szczególny sposób, który zaskakuje i po prostu robi wrażenie.

Można powiedzieć, że na tym koncercie mieliśmy wszystko – była nawet „kapusta”, dzielenie się piwem, zabawne przekomarzanie się z widzami, trochę wspominek i dedykacji. Ale moment, kiedy publiczność uprosiła „Dying Wish” i euforia temu towarzysząca będą niezapomnianym momentem. Również finał z „Fragile Dreams” i tańce w parach na scenie zaraz po zakończeniu – spontaniczne i szalone. Oni nie chcieli z niej zejść. Pokażcie mi drugi taki zespół, który tak uwielbia grać.

Czas na puentę. O co mi chodziło z tymi liczbami i rekordami? Częściowo już wyjaśniłem – nie da się w sposób wymierny ocenić koncertu. To truizm i banał. Naprawdę wielką trudność sprawiło mi przypomnienie tych wszystkich faktów, anegdot i dat z tych „niezapomnianych” przecież koncertów sprzed lat. Na początku w ogóle nie mogłem ustalić ile razy ich widziałem. Ale powiem Wam jedno – tego koncertu nie zapomnę. Ja mam coś więcej niż bilet, koszulka, czy notka w Internecie. Dziś pierwszy raz sam doceniłem swoją robotę. Może niektórzy myślą, że fotografowie są wkurzający, stoją sobie w fosie i czują się lepsi, mają „pedalskie” drabinki i inne udogodnienia. Na co komu te ich nędzne zdjęcia? Nota bene takie zarzuty kiedyś wyczytałem w tym wątku. „Zdjęcia NIGDY nie oddadzą atmosfery występu. Pogódź się z tym że nikomu te zdjęcia nie są potrzebne, NIKOMU„. To zdanie nieco mną wstrząsnęło swego czasu i zacząłem się zastanawiać, czy ten oburzony (skądinąd słusznie) forumowy troll, nie ma czasem racji. Może nikt tych zdjęć nie ogląda albo macha ręką oglądając pobieżnie. Może „arcydzieła” filmowe na youtubie są dużo lepszą pamiątką i zdjęcia to niepotrzebny przeżytek? Może. Jednak kiedy za kilka lat znowu się zdarzy Anathemowy jubileusz – na przykład kolejne osiem zaliczonych występów, będzie mi już dużo łatwiej przypomnieć sobie ten wieczór.

Czy udało mi się oddać w pełni atmosferę koncertu, to już nie mnie oceniać. Było naprawdę ciężko – ciemno, ale klimatycznie. Ten ostatni czynnik uratował mi sesję, gdyż był w tym oświetleniu jakiś koncept, który chyba udało mi się wychwycić. Światła w dość szczególny sposób „opływały” sylwetki muzyków, podkreślając ich zarysy, rzadko kiedy byli widoczni w pełnym blasku. Na początku strasznie psioczyłem na taką sytuację, jednak po jakimś czasie kupiłem to. Teraz nawet cieszy mnie to, że konkretne warunki spowodowały, że musiałem się wysilić bardziej niż zwykle. Ponadto przekonałem się, że obiektywem 70-200 f/4 IS można „wyciągnąć” czasy naświetlania rzędu 1/25 sekundy. To kolejny kamyczek do ogródka wspomnień.

Oj, nie wspomniałem o supportach. Nie mogę zrozumieć wszechobecnych achów, ochów i piania w zachwycie jakie to wyjątkowe były i wspaniałe. Jak dla mnie nuda, smuty i dłużyzna.

Pełna galeria:

Tags: ,



2 odpowiedzi na “Anathema jubileuszowo-wspominkowo”

  1. Immolator pisze:

    No tak. No tak. Spory i natchniony wpis :-) Tak jak mówiłeś. Szacun dla sztuki, bo musiało być przednie.
    Muzyka Anathemy nigdy mi nie wchodziła. Mam zawsze dziwne uczucie, że jest w niej czegoś za dużo, albo czegoś za mało… Fizycznie może i nie jest to możliwe, ale to metafizyka a nie fizyka :-)

    Hala Baildon kojarzy mi się praktycznie wyłącznie z brakiem Death na Metalmanii, no ale Orion w wykonaniu Anathemy zabrzmiał nieźle. Naprawdę nieźle.

    Co ja to miałem jeszcze napisać… Acha. Zdjęcia fajne. Dziwnie tylko wygląda dym. Nie wiem co Twój aparat albo Photoshop pił tego wieczoru, ale ten dym wygląda trochę jak z innej planety. Cheers. |m|

  2. kriz pisze:

    Dzięki, Immo.
    Ubolewam nad tym, że Anathema Ci nie wchodzi. Skoro lubisz Porków, to tym bardziej tego nie rozumiem. Ale nie wszystko muszę rozumieć, ani Ty nie musisz wszystkiego lubić ;)
    Ale co z tym dymem? Nic mu nie robiłem, taki był. Ogólnie, rzadko ingeruję w zdjęcia od strony zmiany wyglądu sceny. Czasem usuwam przeszkadzajki, ale to tylko kosmetyka. Oczywiście, zmieniam tonację, wyostrzam, podbijam jasność i kontrast, ale to takie rzekłbym absolutna podstawa. Żadnego twórczego photoshopingu (którego tak naprawdę nie znam za bardzo).
    Do zrobaczenia jutro. \m/

Odpowiedz

Anti-Spam Protection by WP-SpamFree