To, że Gojira jest zespołem wyjątkowym wiedziałem już od jakiegoś czasu Specyficzne brzmienie, niecodzienny wśród metalowych kapel „ekologiczny” image, do tego mam wrażenie, że ci francuscy wariaci ciągle poszukują nowych horyzontów, takie muzyczne wiercipięty. Jak każdy szanujący się fan metalu, wolę ich starsze produkcje
, ale coś mi mówi, że ich czas dopiero nadejdzie, że wydadzą taką płytę, że wszystkim gacie spadną. Pardon my French, nomen omen. W ich muzyce można znaleźć wiele wpływów, ale dla mnie najbardziej wyróżniającym czynnikiem ich twórczości jest specyficzna mieszanka ciężaru Morbid Angel i szaleństwa Dillinger Escape Plan. Tak najprościej bym opisał ich profil, choć jest to nieco krzywdzące, gdyż naprawdę czasami chłopaki sięgają po nietypowe środki ekspresji i kanony muzyczne.
![]() |
![]() |
||
![]() |
|||
![]() |
![]() |
||
![]() |
|||
Można się pocić jak autor powyższych słów próbując w swych grafomańskich wysiłkach opisać muzykę Gojiry i tak nigdy w pełni nie oddając prawdy. Najlepiej – wiadomo – wybrać się na koncert. Naprawdę warto, nie wyobrażam sobie sytuacji, że można po takim wydarzeniu lekceważąco wzruszyć ramionami, czy machnąć ręką. Dzień przed czwartkowym gigiem Krakowie, chłopaki grali w Warszawie i po przeczytaniu kilku recenzji, zdążyłem nabrać przekonania, iż będzie to wydarzenie wyjątkowe. Istotnie. Francuzi zaskakują niespotykaną energią na scenie – tak żywiołowych muzyków widziałem chyba tylko raz w życiu – wspomniany DEP na Knock Out Festival. Zaskoczyło również nagłośnienie – całkiem do zniesienia, choć zdarzało się, że gitary zlewały się w ścianę dźwięku, to jednak myślałem, że będzie dużo gojirzej, ups – gorzej. Repertuar raczej opierał się na starszych utworach, to dobrze, ale nie mogę im wybaczyć, że nie zagrali mojego ulubionego „Lizard Skin„, który grali dzień wcześniej. Cóż, widocznie przywilej miasta stołecznego. Zresztą członkowie zespołu nieco prowokując wspominali, że warszawscy fani nie oszczędzali się tak jak zgromadzeni w Lochu krakowscy odpowiednicy. Może faktycznie, była rzadko spotykana dysproporcja aktywności pomiędzy sceną a widownią ze wskazaniem na tych pierwszych, ale z drugiej strony wstydu nie było i nikt nie powinien narzekać. Świetny, energetyczny występ, który na długo pozostanie w pamięci. To na pewno miejsce na podium wśród tegorocznych, jakże przecież obfitych, rewelacji koncertowych.
Nie można nie wspomnieć o całkiem atrakcyjnych supportach. Rodzima deathmetalowa „supergrupa” Masachist (wg mnie to określenie nieco na wyrost, ale nie można odmówić chłopakom kunsztu i techniki) zagrała porządny, choć nieco zbyt monotonny jak dla mnie koncert. Za to Lost Soul to już naprawdę solidne granie na wysokim poziomie. Dobrze przyjęci przez publiczność, zagrali bardzo fajny set, sięgając nawet po kilka (dwa?) starsze utwory.
Warunki do fotografowania były dość dobre, choć pierwszy kawałek (zmieniony, co widać nawet na setliście , w stosunku do warszawskiego koncertu) zagrany prawie w ciemności. Dopiero w drugim ładnie poświeciło. Z jednej strony tak żywo zachowujący się zespół to piękny temat na reportaż, z drugiej – ciężko nadążyć za wydarzeniami na scenie i co chwila lądującymi w fosie amatorami koncertowych wycieczek nad tłumem. Nie ma co marudzić – życzę sobie jak najwięcej takich koncertów. Do zobaczenia, mam nadzieję.
Pełna galeria:
Gojira:
Lost Soul:
Masachist:
Tags: gojira, klub loch ness, lost soul, masachist








