Troszkę ostatnimi czasy milczałem, z wielu powodów. Przyjmijmy wersję, że bardzo zdemotywował mnie mój aparat odmawiając mi posłuszeństwa podczas koncertu Mistrza. Wspaniałego koncertu, pięknie oświetlonego, zagranego, no i w ogóle… Niestety niezapomniane chwile muszą pozostać wieczne bez pomocy czarnego pudełka. Tak blisko płaczu jak wtedy – walcząc bezradnie, na kolanach z kapryśną techniką – nie byłem już dawno…
Dość o tym. Aparat skarcony i wyposażony w nową, nieśmiganą płytę główną został po raz kolejny rzucony w wir walki. Tym razem udaliśmy się na koncert twórców sławnego hasła „Punks not dead”, które tak często czytaliście na murach (w sumie jest wiele wariacji tegoż hasła, czasem bardzo zabawne). Pamiętacie legendarnych The Exploited? Punkowcy przyjechali do Polski świętować swoje trzydziestolecie, koncert odbył się klubie Kwadrat.
Czasem dobrze jest zmienić otoczenie, choćby na chwilę. Fajnie zobaczyć radośnie bawiących się ludzi, bez żadnego pozowania, sztucznych i groźnych min, nie marudzących, biorących życie takim jakie jest. Punki piją na koncertach tyle samo co metale, ale jakoś nie widać tego po nich aż tak bardzo. Mimo dość ciepłej atmosfery nie widziałem nikogo „ululanego”, awanturującego się, czy agresywnego. Pod sceną młyn jakiego dawno nie widziałem, bardzo pozytywne nastawienie, nawet pomimo skandowania mało optymistycznych haseł typu „No Future” czy „Jebać system” (to zapewne frakcja punków-informatyków nie lubiących systemów operacyjnych
.
![]() |
![]() |
|
![]() |
![]() |
|
Występ młodych, totalnie wyluzowanych Al & The Black Cats naprawdę rozgrzał tłum. Prosto, skocznie, troszkę punka, trochę rock n rolla, takie rockabilly – na wesoło i z przytupem. Do tego bardzo charakterystyczni muzycy, szczególnie pan… kontrabasista, który ze swoim instrumentem bardziej tańczył, niż na nim grał. Podobało się, a aparat nie chciał przestać pstrykać. Bardzo pozytywnie.
The Exploited pojawili się dość szybko i cóż – zrobili to, czego można się było spodziewać. Zagrali szybkie, krótkie, punkowe (czasem nieco „zmetalizowane”) utwory, a publiczności specjalnie zapraszać do zabawy nie trzeba było. Trzeba pozazdrościć solenizantom energii, naprawdę szacuneczek.
![]() |
![]() |
||
![]() |
![]() |
||
![]() |
|||
![]() |
|||
Bardzo fajny koncert, choć muzycznych uniesień wiele nie przeżyłem, to jednak pozytywna atmosfera zabawy sprawiła, że mam dobre wspomnienia. Na matrycy też zostało kilka fajnych pamiątek…
Pełna galeria:
The Exploited:
AL & The Black Cats:













No, faktycznie trochę z nowym wpisem się ociągałeś
Ale „żeś Pan” od razu z grubej rury: <>. Rozumiem, że to picie do koncertów metalowych? Nie jestem tylko pewien, czy to o publice czy artystach… Tak czy siak, jeśli mam rację z tym piciem, to pragnę żwawo się nie zgodzić. Posiadanie pewnej formy, stylu czy nawet „gęby”, nie zawsze jest tożsame z bycie sztucznym. Przykładowo, taki death metal jasno narzuca reguły gry. Czy to jest jednak bardziej sztuczne od w(sz)czutego w grę Staszka Sojki, podskoków dziadków z Rolling Stones czy uniesień jakie towarzyszą gitarzyście Riverside?
Musiałem to napisać. Chociażby w ramach utrzymywania klimatu pogodnego i rozwojowego konfli… eeee…tzn. pogodnej i rozwojowej różnicy zdań. \m/
Witam, Immolatorze. Też mi Cię brakowało
. Fajnie, że jednak zaglądasz.
.
Zgoda, że „gęba” musi być, co nie znaczy, że nie męczy patrzenie na tę jedną, niezmienną od lat. Mam po prostu prawo być zmęczony subkulturą, z którą najwięcej mam „po drodze”. Nie ukrywam, że bardzo przyczyniła się do tego frakcja internetowa, która leczy swoje kompleksy i inne bolączki wylewając gorycz na portalach lub komentując choćby koncerty. Ale też bywając na tychże, widzę głównie zdystansowanych maruderów. Niegdysiejsza radość i spontaniczność jakby znikła (dobrą atmosferę na koncercie widziałem ostatnio chyba na Volbeatcie). Nie wiem, może gnuśniejemy z wiekiem, może zjadamy własny ogon i „znowu mamy doła” a „brazylijski serial już nie cieszy jak dawniej”. Ja po prostu zwróciłem uwagę, że zmieniając nieco audytorium udzieliła mi się atmosfera bezstresowej zabawy, gdzie mimo posiadania „gęb” jak najbardziej i wykrzykiwania nieco frustrujących haseł ludzie potrafią się bawić i cieszyć koncertem. Nawet średniej jakości muza im w tym nie przeszkadza
Idąc dalej, powoli dorastam do myśli, że już chyba niewiele nam brakuje do zachodnich kanonów, gdzie „fani” przychodzą na piwo, a muzyka przy okazji. Do kotleta tak trochę. Ciekawe, czy to syndrom starzenia się, czy zobojętnienia, a może po prostu za dużo mamy już tych koncertów, w dupach nam się poprzewracało i nie potrafimy ich docenić, tak jak to miało miejsce dawniej. Po sobie widzę też, że mam większy dystans, czasem się nie chce, czepiamy się złego nagłośnienia, świateł, błota w kiblu i rozrzedzonego piwa. Ale z drugiej strony apetyt rośnie w miarę jedzenia (i picia).
Obyśmy się jednak nie udławili.