Bieszczady. Nieco zapomniana kraina, wzbudzająca u niektórych ironiczny uśmieszek. „Po co tam jechać? Nic tam nie ma. Nuda!”. Faktycznie, brak tu cywilizacyjnych wygód do których przywykliśmy na co dzień, ale – być może się starzeję – poczułem wielką ulgę spędzając kilka dni w tym jednym z ostatnich bastionów polskiej dziczy. Oczywiście nie do końca, ale o tym za chwilę…Pojechaliśmy skromną, ale nader wesołą gromadką do „kultowej” Cisnej – miejscowości jak na Bieszczady całkiem cywilizowanej. Informacja turystyczna, kilka sklepów i barów, stacja benzynowa (to naprawdę rzadkość), no i legendarna „Siekierezada” .
Ta właśnie knajpa była pierwszym celem naszej wygłodniałej wycieczki. Placek po bieszczadzku (podobny do tego po góralsku, ale bardziej pikantny) i miejscowy „Leżajsk” były wspaniałą przygrywką do zapoznania się ze smakiem Bieszczad. W oczekiwaniu na zamówienie poczytaliśmy mniej i bardziej ambitne (aczkolwiek wszystkie równie pikantne jeśli chodzi o język) opowieści o tutejszych bywalcach, których zresztą liczne portrety wyróżniają się pośród niezliczonych gadżetów stanowiących wystrój tej nad wyraz klimatycznej gospody. Obrazy, rzeźby, zdjęcia, łańcuchy, mundury (polskie i ukraińskie), poroża, banknoty, wszelakie szkło i inne przedziwne przedmioty można podziwiać w nieskończoność. Wewnątrz dominuje tematyka diabła, który jest dość powszechnym tematem przewodnim w lokalnej sztuce ludowej. W tym niejednorodnym religijnie regionie, gdzie krzyżują się trzy odłamy religijne (Kościół Grecko i Rzymsko Katolicki oraz Prawosławie), symbol ten wydaje się uniwersalnym symbolem zła, choć traktowanym z dużym przymrużeniem oka. Wiele diabelskich postaci przedstawianych jest w całkiem pozytywnym świetle, jako mocne charaktery, dostojne, zamyślone, posępne, smutne, nierozumiane i skłócone ze światem. Być może przedstawiają ich autorów…
Przypieczętowaniem diabolicznego wystroju „Siekierezady” są oczywiście powbijane w stoły siekiery, które od chwili wejścia do środka wyjaśniają nowo przybyłym genezę nazwy knajpy. Polecam to miejsce każdemu, kto chce szybko „zaciągnąć” się lokalnym klimatem. Ponoć przy odrobinie szczęścia można wieczorami spotkać i wysłuchać opowieści tutejszych „zakapiorów” – mniej lub bardziej zdolnych artystów-gawędziarzy, o których raczej nie można powiedzieć żeby odnieśli artystyczny sukces… Na swój sposób są jednak szczęśliwi w swoich ukochanych górach, artystycznie wolni i oryginalni. Najbardziej „zasłużeni” mają imienne miejsca przy barze, a tych co odeszli, upamiętniają liczne portrety, opowiadania i gadżety. Dla bardziej zainteresowanych tematem bieszczadzkich zakapiorów odsyłam tu .
Knajpy knajpami, ale przecież my tam nie dla przyjemności przyjechaliśmy i trzeba było na szlak się udać. Na rozgrzewkę obraliśmy trasę z miejscowości Smerek, pod szczyt góry o tej samej nazwie, później wzdłuż pięknej Połoniny Wetlińskiej, przystanek w „Chatce Puchatka” (ciągle niezaopatrzony w prąd i wodę) i zejście do szosy przez dość upiornie wyglądający stary kemping. Na samym starcie pogoda nie zachęcała, było zimnawo i pochmurno. Jednak tuż po wyruszeniu wyjrzało słońce i trzeba było dokonywać korekt w ubiorze. Taka huśtawka pogody utrzymywała się przez cały pierwszy dzień, jednak nie było powodu do narzekań – płynące po niebie chmury uzupełniały sielski krajobraz. Bieszczady o tej porze to jeden wielki zielony dywan. Aż kłuje w oczy:
W drugi dzień, już znacznie bardziej stabilny jeśli chodzi o pogodę – prawie cały czas słońce, udaliśmy się na Małą, a potem na Wielką Rawkę. Podejście jest całkiem ostre, ale spacer górną połoniną wynagradza wszystkie trudy. To specyficzne miejsce, gdzie zbiegają się granice Polski, Ukrainy i Słowacji. Wszystkie zdominowane przez kolor zielony o tej porze roku.
Wracaliśmy tą samą drogą zatrzymując się w Bacówce Pod Małą Rawką. Wspaniałe miejsce – klimatyczne i tanie, czyli dokładnie takie jakie powinno być idealne schronisko. Zjedliśmy tam nieprawdopodobnie smaczne naleśniki z jagodami. Będąc tam, nie zapomnijcie zrobić tego samego. Maskotką bacówki jest przepiękny pies hasky, który sądząc po informacji naklejonej na drzwiach, często lubi bratać się z gośćmi i czmychnąć z nimi w góry. Z nami nie chciał iść, gdyż zajęty był konsumpcją świńskiej nogi… W trzeci dzień przerzuciliśmy się na rowery, ale wcale nie było łatwiej. Trasa wycieczki wyglądała następująco: Cisna – Majdan – Żubracze – Solinka – Roztoki Górne – Liszna – Cisna. Kilka ostrzejszych podjazdów i na koniec długi zjazd właściwie aż pod sam dom. Wycieczka w przeciwną stronę byłaby dużo bardziej wymagająca. Po drodze miałem drobną utarczką słowną z tubylcami wypalającymi drewno. Tego dnia byli w fatalnym humorze, co w sumie było zrozumiałe – nie dość że robota podła, to jeszcze poniedziałek. W każdym bądź razie „delikatnie” dali mi do zrozumienia, że nie mają ochoty na sesję zdjęciową…
Wieczorem czekała nas uczta w „Chacie Wędrowca” w Wetlinie. Bardzo sympatyczna knajpka z imponującym menu (m. in. jagnięcina, świeże ryby, słowackie piwo, wszelkiego rodzaju placki). Specjalnością gospody są certyfikowane jako lokalny specjał – naleśniki „giganty”. „Giganty” to może przesada, „naleśniki” też jakby nie bardzo (wyglądem smakiem kojarzą się raczej z racuchami), ale smaczne. Do naleśników z Bacówki nie mogą się jednak równać.
Kolejny dzień był niestety ostatnim naszej krótkiej eskapady. Przed południem udaliśmy się nad Zaporę Solińską – zobaczyć Bieszczady z nieco innej perspektywy. Tama jest faktycznie imponująca, jednak przyciąga niezliczone ilości wycieczek szkolnych i innych młodych, hałaśliwych turystów, chłonących z bardzo umiarkowanym entuzjazmem i atencją to, o czym wykładał im leciwy pan przewodnik o tonach wylewanego betonu oraz innych „pasjonujących” faktach z historii zapory. Hałaśliwy tłok na tamie kłóci się z tym, co widzieliśmy w ciągu trzech poprzedzających dni. Do tego wszechobecne stragany pełne tandetnych zabaweczek skutecznie utrwaliły grymas zniesmaczenia na mojej twarzy(?). Udaliśmy się na plażę, gdzie jednak po chwili wypłoszyli nas Szkolni Małoletni Wrzucacze Kamieni do Wody.
Po obiedzie pora było wracać.. Wszystkim nieznającym tych rejonów polecam jechać do Krakowa przez Tylawę, Duklę, Gorlice, Grybów, Nowy Sącz, Limanową, Gdów i Wieliczkę. Trasa jest może ciut dłuższa, ale za to mało ruchliwa i bajecznie malownicza.
Po powrocie zderzenie z cywilizacją jest dość brutalne. Już od następnego dnia czekały kolejne dni w chłodnych korporacyjnych ścianach, ślepy pęd za nie wiadomo czym, „ważne sprawy”, obowiązki i wszystko to od czego uciekliśmy. Dysonans pomiędzy tymi dwoma światami jest olbrzymi.
Warunki do fotografowania były niezłe, choć pstrykanie w pełnym słońcu rzadko daje olśniewające rezultaty. Chcemy wrócić tam na kilka jesiennych dni i wtedy w pełni wykorzystać potencjał tego miejsca.
Zatem do zobaczenia w części drugiej…
Galeria zdjęć:
Linki:
Tags: bieszczady, cisna, plener, wetlina, Wypady








Fajnie. Najbardziej mi się podoba to pierwsze zdjęcie. Takie soczyste i delikatne zarazem. To chyba odwrotna strona od tej: http://www.pbase.com/przemur/image/103664556
BTW, na podobnej trasie z Radkiem zaliczylismy sporą traumę jak nas dopadła burza wieczorem i po ciemku (no nie do końca, we fleszach piorunów uderzających najdalej kilkaset metrów od nas), idąc w strudze wody dotarliśmy do bacówki… Nawet nieprzemakalne plecaki były kompletnie mokre. :->
No – i super że założyłeś bloga. Dziękuje za dodanie linków. Poczułem się wyróżniony
Bieszczady jesienią są najpiękniejsze. Polecam również wczesną wiosną, albo trafimy na przepiękną pogodę albo przeżyjemy wichurę śnieżną. Razem ze znajomymi mieliśmy taką na Wetlińskiej w marcu zeszłego roku, ech co za przygoda, dobrze że chatka jest na górze