Wczoraj miałem naprawdę poważne obawy, czy ten mały, choć sympatyczny skądinąd klubik jakim jest „Loch Ness” nie spłonie… Wszystko za sprawą szwedzkiego Watain i towarzyszącego mu Destroyera 666.
Ta piekielna niedziela
Październik 19th, 2010Krótkie zniewolenie w Kwadracie
Październik 12th, 2010Norweski Enslaved to kapela wyjątkowa. Kapitalnie łączy w swojej muzyce elementy, które zwykle funkcjonują z dala od siebie – brutalna i surowa – typowo skandynawska metalowa galopoda przeplata się z gitarowymi anachronizmami rodem z lat siedemdziesiątych, są w ich muzyce też momenty wręcz mistyczne – to chyba stanowi największą różnicę nad tłumem przeciętnych kapel. Umowna nazwa ich stylu – progresywny wiking metal – brzmi już jak oksymoron, ale jednak dobrze oddaje ich charakter; ja w każdym razie nie znajduję lepszej. Pal licho definicje. Najnowszy ich krążek – „Axioma Ethica Odini” – to bez wątpienia prawdziwy majstersztyk i mój prywatny kandydat na płytę roku. Świetna kontynuacja poprzedniego, również bardzo udanego „Vertebrae”, bez rewolucji, po prostu konsekwentny krok naprzód. Wyszło bardzo naturalnie, na szczęście chłopaki nie dali się złapać w pułapkę „obiecujących metalowców”, tylko zrobili swoje, bez napinania się i ścigania się z samym sobą. Być może lata na scenie zrobiły swoje i Norwegowie nabyli wystarczającej do przetrwania odporności w tak specyficznym muzycznym biznesie. Zuchy.
Anathema jubileuszowo-wspominkowo
Październik 6th, 2010Wiem, że muzyka, czy ogólnie sztuka to nie zawody ani żadne wyścigi. I dobrze. Jednak w tym zwariowanym świecie pełnym tabel i statystyk ciężko uciec od porównań. Najłatwiej ocenić porównując, a najbardziej wymierne efekty dadzą liczby. Na pewno Księgi Rekordów Guinessa odnotowały niejeden dłuższy, większy, czy piękniejszy koncert od poniedziałkowego koncertu Anathemy w krakowskim Studio. Ale od początku.
Gazpacho zaserwowane w Lochu
Wrzesień 29th, 2010Dla wielu nazwa Gazpacho głównie kojarzy się z orzeźwiającą hiszpańską zupą, ale pomimo to, że na tematy kulinarne mogę deliberować godzinami, to tym razem skupię się na norweskiej grupie progrockowej, która zagrał w zeszły piątek w krakowskim Loch Nessie. No właśnie, czemu akurat tam? Czemu ten skądinąd sympatyczny klub (naprawdę go lubię) jest tak eksploatowany? Grają tu najwięksi rzeźnicy sceny metalowej, punkowcy – wszystkie enfants terrible sceny muzycznej. Wypychanie na scenę (scenkę?) tego… większego pubu elegancko ubranych panów – to drobne faux pas wg mnie. Norwegowie nie pasowali mi do tego klubu, co wcale nie jest zarzutem – to ukryty komplement
. Zabawna scena miała miejsce, gdy przyzwyczajona do hałasu barmanka szykowała spragnionemu klientowi wysublimowanego drinka w shakerze, ku jej pechu akurat w środku niezwykle emocjonalnego i cichego kawałka, wszyscy się odwrócili karcąc ją wzrokiem. Na „normalnych” koncertach w Lochu tego nie doświadczysz.
Rotting Christ / Lost Soul
Wrzesień 27th, 2010Koncertowa jesień uważam za rozpoczętą. Zapowiada się co najmniej obiecująco – kalendarz pęka w szwach. Dość powiedzieć, że do grudnia brak jednego tygodnia, w którym nie miałbym czegoś zaplanowanego. Dochodziło do tego, że trzeba z czegoś rezygnować . Hm, czyżby to już Europa pełną gębą? No nie do końca, bo infrastruktura nie nadążą za popytem (i podażą), ale do tego już się przyzwyczailiśmy. Zresztą, patrząc na szukających dziury w całym szacownych bywalców i forumowych „mędrców”, w tym kraju nigdy chyba nie zabraknie ludzi narzekających, nigdy nie będzie dobrze. Ale chyba już o tym wspominałem…
Gojira – Potwór w Loch Ness
Sierpień 31st, 2010To, że Gojira jest zespołem wyjątkowym wiedziałem już od jakiegoś czasu Specyficzne brzmienie, niecodzienny wśród metalowych kapel „ekologiczny” image, do tego mam wrażenie, że ci francuscy wariaci ciągle poszukują nowych horyzontów, takie muzyczne wiercipięty. Jak każdy szanujący się fan metalu, wolę ich starsze produkcje
, ale coś mi mówi, że ich czas dopiero nadejdzie, że wydadzą taką płytę, że wszystkim gacie spadną. Pardon my French, nomen omen. W ich muzyce można znaleźć wiele wpływów, ale dla mnie najbardziej wyróżniającym czynnikiem ich twórczości jest specyficzna mieszanka ciężaru Morbid Angel i szaleństwa Dillinger Escape Plan. Tak najprościej bym opisał ich profil, choć jest to nieco krzywdzące, gdyż naprawdę czasami chłopaki sięgają po nietypowe środki ekspresji i kanony muzyczne.
Eksperyment „muchi”
Sierpień 16th, 2010Żeby nie było tak monotematycznie, tylko o szarpidrutach, postanowiłem pochwalić się eksperymentami z równie odrażającymi modelami, co sceniczne poczwary, choć w zupełnie innych, dużo bardziej przyjaznych okolicznościach – nomen omen – przyrody. Tego weekendu udało mi się odbyć pierwszą prawdziwą sesję macro. Prawdziwą, znaczy się w pełni świadomą i zaplanowaną. Trochę sprzętu udało mi się skompletować, zatem wstydu na łące nie było. Zresztą nie mogło być, gdyż ani żywej duszy, same bzykadła i inne podobne paskudztwa.
Fabryka Strachu w Lochu
Sierpień 11th, 2010Kończą się wakacje (eh, już dawno po), zatem koncertowy sezon czas zacząć. Na pierwszy ogień – stare dobre Fear Factory. Ten zespół ostatnie parę lat praktycznie nie istniał, nadal ma pewne prawne problemy z poprzednimi członkami, jednak odkąd wrócił Dino Cezares a za garkuchnią zasiadł wielki Gene Hoglan (na zdjęciu powyżej), chyba wrócili do stabilności, nagrali bardzo dobrą płytę „Mechanize”. Teraz już z chyba będzie z górki.
Hulaj dusza w Lochu
Czerwiec 14th, 2010Soulfly, Los Pierdols, 12.06.2010, Kraków, klub Loch Ness
Piękna, słoneczna sobota. Miałem poważne wątpliwości, czy metalowa brać stanie na wysokości zadania, przezwycięży słabości oraz wszelkie inne plenerowe pokusy i stawi się licznie w Loch Ness. Niepotrzebnie – w klubie stawił się chyba komplet. Trudno to było oszacować, gdyż otwarto drzwi na zewnątrz i szanowna brać się troszkę rozpełza po okolicznych ogródkach.









